Rozdział 16 - Kuro - Esper

Gdy tylko chwilę odsapnąłem usłyszałem kolejne kroki, jednak jestem pewny, iż nie jest to bieg jak w przypadku tych zombie z przed chwili, a powolny chód.

Pod wpływem złego przeczucia od razu wstałem i natychmiast odwróciłem się do tyłu, jednocześnie mijając dwa starające się mnie dorwać zombie.

 

Ich próby były przezabawne, ale gdy tylko spojrzałem w dół moim oczom po raz kolejny ten szokujący obraz krwi i flaków na moich ubraniach, które pierwotnie nie były moje tylko brata Ayi, który niestety od początku tej apokalipsy nie dał znaku życia.

 

Podczas gdy ja odwróciłem wzrok od tego na co powinienem patrzeć, zobaczyłem jak coś skoczyło w moim kierunku, jednak w ostatniej chwili udało mu się zrobić unik.

 

Ponownie spojrzałem w kierunku atakującej mnie istoty, jednak to co dojrzałem nie było w żadnym stopniu podobne do tego co widziałem do tej pory.

 

Po pierwsze to nie był zombie. W sumie to nie był nawet humanoid, a bardziej coś jak pies, tylko że w wersji piekielnej, bowiem nie miał on sierści, a łuski, a jego ślepia piły żarem.

 

- O kurwa! Diabeł!

 

Tak, krzyknąłem to i rzuciłem się do ucieczki. Nie jestem na tyle szalony by walczyć z czymś tak przerażającym na chwilę, po tym jak zremisowałem z dwoma zombie.

 

Remis wcale nie jest złym określeniem dla tego w jaki sposób skończyły żywe trupy, gdyż koniec końców nie doprowadziłem do wyeliminowania, a po prostu odebrałem im ich mobilność, przez co byli dla mnie zerowym zagrożeniem.

 

Jednak teraz moja pewność siebie co do mojej siły, właśnie uciekła w cholerę. W sumie… kto normalny walczyłby z czymś tak dziwacznym? Przecież nawet zombie nie są tak przerażające jak goniący mnie diabeł.

 

Bestia ta nie robiła sobie nic z mebli, na które wpadała, ani nagłych zakrętów które robiłem, co sprawiło tylko, że z chwili na chwilę byłem coraz bliżej złapania.

 

“Nie mogę sobie na to pozwolić.” Myśląc w ten sposób zdecydowałem się na jeszcze bardziej szaloną zagrywkę.

 

- Kuuuurrwwaaa…!!! - wykrzyczałem to z całych sił tak naprawdę z dwóch powodów.

 

Pierwszym jest to, iż chciałem się upewnić, że wciąż żyję, natomiast drugim jest ściągnięcie do mnie zombie, które mam nadzieję nie uznają tej bestii za mną za swojego i go też zaatakują.

 

To w sumie wygląda jak plan samobójcy, jednak mam przeczucie, że to naprawdę może się udać.

Biegnąc wciąż przed siebie ujrzałem w oddali podwójne drzwi zabarykadowane deską i zastawione lodówką.

 

Nie żeby coś, ale nie spodziewałem się lodówki w takim miejscu, a gdy tylko obejrzałem się za siebie, piekielny pies był jakieś 10 metrów za mną.

 

Okej, w takim razie wóz albo przewóz, zaryzykuję.

 

Gdy tylko zbliżyłem się do ów drzwi niczym małpa wskoczyłem na lodówkę, która po zderzeniu z piekielnym burkiem, została odrzucona na kilka metrów.

 

Będąc szczerym, gdybym nie spadł z lodówki, po uderzeniu w nią przez tego demona to z pewnością bym skończył połamany. Jednak ze względu na moje szczęście w nieszczęściu odblokowałem ów drzwi i tak jak w duszy błagałem o zombie, które uratują mnie od tego małego demona to jak na przekór losowi nie dostałem ich.

 

Ów pomieszczenie było całkowicie puste.

 

- No ja pierdolę! - krzyknąłem z zamiarem wykurzenia zombie z ich pułapek, jednocześnie rzucając się naprzód ku wolności od potwora za mną.

 

Niestety…

 

Przeskakując przez mur z stolików i krzeseł wpadłem w wielką plamę świeżej krwi, przez którą poślizgnąłem się i przeleciałem przez cały hol, ostatecznie kończąc na uderzeniu głową o ścianę.

 

Mam właśnie rozdwojony obraz, a pseudo mur, przez który przeskoczyłem został z łatwością zniszczony przez polującego na mnie demona.

 

- Cholerny de… mon…

 

Bezwładnie mrużąc oczy spojrzałem na demona, który szarżował w moim kierunku.

 

Czując jak zmęczenie daje mi się we znaki, a moja psychika nie wytrzymuje takiego napięcia i starcia z istotami rodem z horrorów, poddałem się.

 

Moje serce szalało, ciało płonęło z bólu i przerażenia we mnie nagromadzonego, czułem jak jestem pochłaniany przez płomienie, które stopniowo mnie pożerają.

 

Kroki biegnącego na mnie demona, stawały się coraz głośniejsze i głośniejsze, jednak wtedy usłyszałem coś, co bezproblemowo przebiło wszystko co właśnie odczuwałem.

 

- Kuro-kun.

 

Słysząc moje imię wypowiedziane przez Ayę, natychmiast otworzyłem oczy, jednocześnie ignorując swój stan psychiczny i fizyczny, jednak szybko zdałem sobie sprawę z tego, iż mój mózg robi sobie ze mnie jaja.

 

Paszcza bestia była tuż przed moją twarzą, a ja jakby dzięki jakiej magicznej mocy uniosłem się do góry.

 

To nie był skok, lewitacja, ani też po prostu latanie, to było… coś innego.

 

Uczucie, które zapewniło mi swobodę ruchów, a zarazem mówiło mi co mam robić by przetrwać.

 

Dzięki niemu uniosłem dłoń w kierunku demona, od którego uciekłem i za sprawą sieci - umiejętności, którą dobrze znałem dzięki kontaktowi z jej użytkowniczką, byłem w stanie związać ów potwora.

 

Jedną nić owinąłem wokół jego pyska by pozbyć się tego jakże rzucającego się w oczy zagrożenia.

 

Drugą nic owinąłem wokół tułowia demona i zaczepiłem o filar którego kształt na samej górze idealnie nadawał się do zablokowanie na nim wszelakich lin.Na szczęście dotyczyło to też tych esperskich.

 

Ostatnią natomiast związałem tylne łapy piekielnego psa, jednak mimo tego wszystkiego on wciąż walczył z moją mocą i przednimi łapami wciąż starał się ruszyć w moim kierunku.

 

Nie wiem jak bardzo jest głodny, skoro z takim zapałem chce mnie zjeść, ale w tym świecie przetrwają tylko ci, którzy są silni.

 

Jednak mimo wszystko takie teksty do mnie nie pasują, gdyż jestem zwykłym słabym tchórzem, jednak w momencie gdy usłyszałem głos Ayi zrozumiałem, że nawet taki tchórz jak ja nie chcę umierać.

 

Dzięki niej zebrałem w sobie motywację do walki.

 

Widząc jak demon na różne sposoby zaczyna walczyć o wolność, nie straciłem koncentracji na mojej mocy i powoli zacząłem zbliżać się do przed chwilą zniszczonego przez demona pseudo muru, gdyż jedna z nóg stołu była ułamana w taki sposób jakby tylko prosiła się o użycie jej do przebicia czegoś na wylot.

 

Taki właśnie jest mój plan.

 

Przebić związanego przeze mnie potwora i w końcu odsapnąć, gdyż moje dzisiejsze wyczyny są bardziej niż zabójcze dla mojej psychiki, nawet jeśli w tej chwili nie czuję już fizycznego bólu, co jak najbardziej jest na plus.

 

Na szczęście tym razem wszystko ładnie przebiegło i zakończyłem życie tego potwora.

 

Jest to też pierwszy raz, jak nie czuje się winny z odebrania życia innej istocie.

 
 
Zapraszam do komentowania i polubienia, jeśli wam się podobało :D

Autorskie nowelki znajdujące się na stronie są własnością autorów - kopiowanie, rozpowszechnianie nowelek bez zgody autora będzie rozstrzygane drogą sporną na mocy prawa.
Tłumaczenia nowelek znajdujące się u nas na stronie są legalne, w przypadku naruszenia legalności, odpowiedzialność ponosi autor tłumaczenia, administracja nie ponosi odpowiedzialności za treści znajdujące się na stronie oraz forum.

© 2018 - 2019 Bliźniacze Smoki Team
Komentarze
Aby móc pisać komentarze musisz się zalogować.