Rozdział 18 - Kuro - Determinacja.

 

Kończąc życie demona przede mną wreszcie mogłem odsapnąć, jednak jak na przekór mojemu losowi,  usłyszałem kroki.

 

Nieregularne kroki sporego tłumu istot, którymi najprawdopodobniej są zombie.

 

- Serio kurwa!!! - krzyknąłem ze wściekłością.

 

Moje spóźnione mięso armatnie, którego celem miało być pozbycie się demona leżącego teraz trupem u moich stóp, właśnie biegnie by mnie zjeść.

 

Patrząc z pogardą w kierunku, jak to dopiero dostrzegłem - jedynego wejścia do tego pomieszczenia, zwątpiłem we własnego pecha.

 

Mój puls wciąż szalał, dając mi do zrozumienia, że jestem przerażony, jednak to był pierwszy raz, gdy dostrzegłem, iż moje ciało nie trzęsie się z tego powodu. Moje podekscytowanie tą sytuacją sięgnęło apogeum, bowiem dzięki mojej umiejętności czułem się wszechmocy wobec całego tego martwego ścierwa.

 

Jednakże to nie znaczy, że z tchórza nagle stałem się jakimś badasem, ja po prostu chcę jeszcze raz odebrać życie tym, którzy się na nie czają. Nawet jeśli się boję i chowam przerażony, to gdy przyjdzie co do czego użyję swojej mocy by zabić moich wrogów.

 

Dopiero po tym jak z ulgą zabiłem tego demona, poczułem, iż jeśli zabiję by się bronić to nie mam żadnych wyrzutów sumienia. I choć nigdy nie zmieniłbym swojego rozumowania podczas przeciętnych dni, to teraz jest inaczej i to właśnie takie zombie oraz inne cholerstwa wpłynęły na lekką zmianę w moich charakterze.

 

Gdy tylko jedyne drzwi w pomieszczeniu zostały zablokowane przez przedzierające się trupy, na mojej twarzy mimowolnie pojawił się lekki uśmiech.

 

Wśród całego tego tłumu nie dojrzałem żadnego nowego cholerstwa, które mogłoby mnie zaskoczyć i przerazić, jednak to nie oznacza, że ja się nie boję.

 

Oczywiście, że boję się takiego tłumu zombie i nie chcę umrzeć, ale gdy myślę, że umrę przed odnalezieniem Ayi, to boję się jeszcze bardziej. I to ten drugi rodzaj bólu napędza mnie do działania.

 

“Czyżbym… czyżbym ją kochał?” - zadając sobie to iście rozpalajace serce pytanie, rozłożyłem nici nie w celu zabicia, a związania, bowiem nie jestem w stanie pokryć tak wielkiego pomieszczenia by zapewnić idealną siekaczkę na zombie.

 

Z tego właśnie powodu zwiążę całe te zgniłe towarzystwo i powybijam je pojedynczo moją.

 

Rozmieszczając tuziny lin z mojej sieci po całym pomieszczeniu, można rzec iż stworzyłem ochronę idealną, gdyż na obszarze dwóch metrów ode mnie znajdowały się próbujące mnie dopaść ręce zombie.

Zrobiłem to na prostej zasadzie używając czterech kolumn wokół mnie i środka między nimi jako epicentrum. Wizualizując to w prostszy sposób, są to dwa pasma lin, które po wypuszczeniu na kolumny przede mną zawracają w moim kierunku i tworzą ósemki, które następnie korzystając z epicentrum jako punktu startowego tworzą dwie kolejne, opierające się o dwie kolumny za mną.

 

Jednak gdy teraz tak to opisuję, to wygląda to też jak cukierek, który jest w dwóch przecinających się pod kątem prostym papierkach.

 

- Defensywa Cukierek! - wykrzyczałem, jednocześnie śmiejąc się ze swojej sytuacji.

 

Lecz teraz naszło mnie na kolejny chory pomysł.

 

Bowiem jeśli te liny w tej chwili zaczęłyby się poruszać według schematu w jakim je stworzyłem, to nawet jeśli nie są ostre jak brzytwa, to po ciągłym tarciu o obumierające ciała i tak będę w stanie zranić tych zombie.

 

Szkoda tylko, że osiągnąłem już limit mojej mocy.

 

Nie wiem nawet jak długo wytrzymam utrzymując zombie w ten sposób, tak więc wezmę się do roboty i znajdę przytulne miejsce, w którym odpocznę.

 

Tak to brzmi jak dobry plan.

 

Następnie ku własnemu zdziwieniu zabijałem zombie jednego po drugim przez dobre kilka godzin. W pewnym momencie nawet zacząłem się zastanawiać, jak bardzo zmniejszyłem ich liczbę.

 

W ostatecznym rozrachunku moje nice w końcu się rozpadły, lecz nie pozbyłem się wszystkich zombie, jednak dzięki temu wysiłkowi byłem teraz całkowicie wyczerpany i w końcu zacząłem racjonalnie myśleć.

 

“Czemu ja po prostu nie spuściłem się na linie przez okno, które od samego początku miałem za plecami?”

 

Patrząc na to w ten sposób jak i to, iż zombie które przeżyły muszą się najpierw przedrzeć przez zwłoki pozostałych przedstawicieli swojego zgniłego gatunku, ja postanowiłem zrobić coś, czego nie zrobiłem na początku i po prostu uciekłem oknem.

 

Na szczęście miałem na to wystarczająco siły, jednak przy samej ziemi, moja moc już sama z siebie się anulowała.

 

Jestem totalnie przeciążony, ponadto jestem cały we krwi i małych szczątkach ludzkiego mięsa, które znajduje się w miejscach o których nawet nie chcę myśleć.

 

Rozglądając się wokół dostrzegłem miłe i wolne od zombie miejsce, którym był kiosk.

Z trudem się do niego doczłapałem, a gdy tylko wszedłem do środka i zabarykadowałem ladą drzwi ułożyłem się na podłodze i zasnąłem, gdy słońce zaczęło zachodzić.

 

Spałem jak zabity, a gdy otworzyłem oczy byłem świadkiem wschodu słońca, który zapewnił mi kolejna porcję nadzieji i chęci do walki o przetrwanie oraz odnalezienie Ayi.

 

---Perspektywa Ayi---

 

Po tym jak odwróciłam się do Kuro plecami i odeszłam, czułam prawdziwy ból, jednak do samego końca powstrzymywałam łzy.

 

Lecz to nie dlatego, że czułam się tak bardzo zraniona, czy coś tego typu, tylko po prostu byłam zawiedziona tym, iż okłamywał mnie przez ten cały czas.

 

Zawiodłam się na nim, jednak mimo to nie mogę przestać myśleć o nim, a o kimś mi bliskim, jednak nie byłabym mu w stanie tego powiedzieć. Po prostu nie jestem w stanie, jednak to te rozstanie naprawdę mnie bolało.

 

Byłam już przyzwyczajona do samotności ze względu na moją na pozór beznadziejną umiejętność, która była niczym innym jak zwykłym ułatwieniem do trików z lewitacją, którą to charakteryzują się ludzcy magicy.

 

Tak, to prawda. Moja umiejętność… to właśnie z jej powodu byłam obiektem drwin i nigdy nie zaprzyjaźniłam się z żadnym esperem.

 

Jednak to co było najgorsze to nienawiść większości ludzi do esperów, przez co nie miałam nikogo oprócz mojej rodziny, która i tak wciąż była poza domem, co ostatecznie odbiło się na mnie.

 

Mój charakter jest spaczony i staram się odpychać ode mnie ludzi, jak i esperów, bowiem zdaję sobie sprawę z tego co się stanie, gdy esperzy poznają moją, a ludzie to, że jestem esperem.

 

Zmieniło się to jednak, gdy tylko nastała apokalipsa, bowiem wtedy pierwszy raz od bardzo dawna miałam swego rodzaju przyjaciół w postaci grupki ludzi, która była ode mnie zależna.

 

Tak naprawdę to każdy z nich mną pogardzał, ale moja umiejętność okazała się przydatna podczas przemieszczania drogą powietrzną oraz tworzeniu pułapek, na co akurat naprowadził mnie jeden z członków grupy, co ostatecznie sprawiło, iż ich zabiłam, gdy wystawili mnie na śmierć, podczas starcia z hordą zombie.

 

Po tym jak przeżyłam, znalazłam ich i wybiłam co do jednego, a po tym wszystkich znalazłam Kuro, który był ze mną szczery od samego początku.

 

Przynajmniej, tak myślałam.

 

---

Komentować i lajkować.

Jak dostanę dziś kilka lajków to wrzucę nexta o Satsukim.
Nyahahaha

 

 


Autorskie nowelki znajdujące się na stronie są własnością autorów - kopiowanie, rozpowszechnianie nowelek bez zgody autora będzie rozstrzygane drogą sporną na mocy prawa.
Tłumaczenia nowelek znajdujące się u nas na stronie są legalne, w przypadku naruszenia legalności, odpowiedzialność ponosi autor tłumaczenia, administracja nie ponosi odpowiedzialności za treści znajdujące się na stronie oraz forum.

© 2018 - 2019 Bliźniacze Smoki Team
Komentarze
Aby móc pisać komentarze musisz się zalogować.